Jesienne psychodeliki

fot. Pixabay

Rower treningowy trzeszczy niemiłosiernie! Handbikowiec zapięty do wózka kręci korbą  niczym chomik kołowrotkową zabawką. Po dziesięciominutowej rozgrzewce „chomik” zostaje sam, oddając się swoim wyrafinowanym zabawą – kręceniu! Każdy gryzoń ma swoje ograniczenia i rekordy do pobicia, a tętno przymocowane na pasku zegarka wyznacza im rytm.

Po przejechaniu 2 km w ramach rozgrzewki „chomik jest mokry jak mysz! Pot spływa dosłownie z każdego skrawka jego sierści, pot jest nawet tam, gdzie sierści nie ma. Te gryzonie już tak mają. Każdy ma jakąś swoją mantrę, jaką musi wykonać. Niezależnie od wieku. Jedni będą uganiać się za wyścigiem szczurów, który jest organizowany całorocznie we wszystkich landach szczurzego świata, a drudzy wolą zaszyć się w odmętach ciszej norki, nie wychodząc nigdzie, zatracając się w jesiennej aurze, która wcześniej czy później spada na wszystkich. Niby nic, a jednak coś! Niby nic się nie zmienia w świecie gryzoniów, a jednak na każdego wpływa mroczna aura, rozlewająca się na wszystkie ziemskie stworzenia od września do grudnia.

Piękna myszka: zawsze ubrana na czarno, po szczurzemu czarne wdzianko, a po ludzku zgrabna sukienka. Ona też jest sama i również siedzi w norce, jeno troszkę większej. To coś na kształt szczurzej szkoły. Myszka jest już dorosła na szczurze ma około pięćdziesiątki, a na szczurze ledwo dwadzieścia z górką. Szczurki lubią takie myszki: duże okrągłe czarne oczy spoglądające ciekawie na świat, a to wszystko spowite w delikatnym uśmiech spod, którego widać skrzętnie ukrywaną krzywą jedynkę. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale „chomiki” lubią myszki. Takie nieśmiałe, niewinne i niedostępne. Nie bez przyczyny wszystkie te przymioty mają w sobie przedrostek „nie”. Każdy gryzoń wie, że to nie prawda. W rzeczywistości sprawa wygląda tak: pod Błaszykiem nieśmiałości, wycofania i cichości, kryje się fajna „myszka”: odważna mająca pasję, niewidząca świata poza swoim chomikiem, idąca pokręconą lecz pewną  drogą do celu! Chomiki wiedzą, że właśnie takie myszki są wartościowe. Można z nimi pogadać dosłownie na każdy temat, który w towarzystwie innych szczurów wydawałby się nie na miejscu!

Tętno przekracza 170: szczur pedałuje z całych sił, jakby był masochistą. Małe serce gryzonia wali BUM, BUM, BUM, kołowrotek terkocze niemiłosiernie, tak, że gdyby miał ducha to już dawno by go wyzionął.

Tętno 180.

Futro chomika jest rozgrzane do czerwoności. Pomiędzy jednym, a drugim ruchem swoich małych kończyn, chomik słyszy ogłuszający dźwięk rolki: TRY,TRY, TRY…  

Gdy przyśpiesza tętno utrzymuje się na tym samym poziomie, a przed małymi okrągłymi oczyma ukazuje się kolejna wizja.

Szczur przyśpiesza, małe kończyny wyciągają się jak sprężyny jeszcze mocniej do przodu. TRY,TRY, TRY – rolka jęczy teraz jednak buduje nową przeraźliwą symfonie dźwięków: zamiast TRY,TRY, TRY, jest Tilu, tilu, tilu.

Rynek!

Kocie łby, kostka brukowa, poukładana bardzo nierówno. Remi stąpa po niej bardzo szybko, jednak nie może dogonić pozostałych szczurów biegł tak szybko, że jego kołowrotek zachwiał się i upadł! Wtedy Remi zdaje sobie sprawę, że nie da rady, piekący ból, rany- to zbyt wiele dla małego szczura…

Wszystko dzieje się tak jak w przyśpieszonej taśmie filmowej. Oczami taśmy Remi widzi małą myszkę w czarnym uniformie!

– Dasz radę, Remi – odbija się uszach małego szczurka.

Myszka, jakby oplatała jego poranione ciało, pozbywając strachu i samotności.

Budzę się jest 6:30, nogi spocone i poskręcane w kołdrze. Wsłuchuję się w ciszę. Jedyne co okazało się prawdziwe to: cicha, pokorna i przerażająca SAMOTNOŚĆ!    

Tę opowieść dedykuję Zorzy, która lubi opowieści o chomikach, Agacie blogerce i wiernej czytelniczce, dzięki za inspiracje oraz wszystkim jesiennym samotnikom! Nie jesteście sami !:)

Nie lubię brzoskwiń, czyli Victoria Azarenka w finale US Open!

Fot. Seth Wenig / AP

Victoria Azarenka wygrała „hitowy pojedynek” z legendą tego sportu Sereną Williams. 1-6, 6-3,6-3. Awansowała do finału wielkoszlemowego US Open. Parafrazując słowa Azarenki, które wypowiedziała do amerykańskiej stacji CNN: Serena może być Multi-mistrzynią, nastokrotną triumfatorką imprez wielkoszlemowych, ale moją idolką, oprócz Agnieszki Radwańskiej zawsze była Vikka. Złośliwi powiedzą, że krzyczy,jak nie wiem co, przeklina i wywala w out proste piłki, gdy akurat pogoda jest nie taka. Ja jednak widzę w niej coś więcej: waleczność, dokładność, i siłę w ataku. Teraz, gdy dołożyła do tego opanowanie i radość z gry, to daje recepturę na zawodnikę nie do pokonania!

Przed tym meczem wiedziałem, że jedyną zawodniczką, która może pokonać królową kortów Flashing Medows jest właśnie Białorusinka. Fajerwerki zaczęły się już przed meczem. W przywołanym wyżej wywiadzie finalistka tych zawodów z lat 2012- 13 powiedziała:
„Możesz być najdorodniejszą brzoskwinią świata, ale przecież nie każdy je lubi”. Dla osób niebędących biegłymi w Angielszczyźnie wyjaśnię, że brzoskwinia to „peach”, ale przy niefortunnej wymowie może być pomylone z „bitch”, które jest niezbyt eleganckim określeniem kobiety.

W pierwszej partii zdecydowanie dominowała Amerykanka, a tenisistka z Mińska, była jakby ospała, jakby nie do końca nadążała za prędkością piłki, jaką dysponowała Williams. Set numer jeden skończył się w nieco ponad półgodzinny. Amerykance wchodziło każde uderzenie forhendowe, a „asy” raziły Azarenkę niczym pioruny.
Na stadionie Louisa Armstronga cisza, brak kibiców. Komentatorzy zaczynają wygłaszać wyświechtane slogany, w stylu: „teatr jednego aktora”, „mecz do jednej bramki” itp.
Azarenka – była liderka światowego rankingu, wielokrotna zwyciężczyni turniejów największego formatu, miała na ten mecz inne plany.

„Vikka: drugi set, druga ja”

Drugi set, to gra najwyższej jakości ze strony Białoruskiej tenisistki. Nagle ni stąd, ni zowąd zaczęła trafiać niesamowite kąty i wykorzystywać geometrię kortu do maksimum. Victoria, jakby przypomniała sobie czasy największego blasku i za sprawą magicznego przycisku włączyła w sobie poziom pod tytułem niebotyczny tenis. Koronnym uderzeniem tenisistki zza naszej wschodniej granicy, był oczywiście driver Volley, ale grała też niesamowicie silno, mądrze szachrując rywalkę kierunkiem. gra odwrotnym crossem i na tzw. „kopertę”, stały się zmorą Sereny. Ani się Amerykanka obejrzała, a wynik brzmiał 3-0, warto podkreślić, że reprezentantka gospodarzy miała okazję na przełamanie powrotne, ale jej nie wykorzystała.

Kolejne gemy to prawdziwy maraton dla Williams. Wymiany po trzydzieści odbić wcale jej nie pomagały. 23-krotna zwyciężczyni turniejów wielkoszlemowych wydawała z siebie przeciągłe ryki, jakby chciała odstraszyć rywalkę. W połowie drugiego seta Serena poprosiła o przerwę medyczną, ponieważ przy jednym z prędkich dobiegnięć wykręciła kostkę. Do tego czasu nie wiem, czy to była prawdziwa kontuzja, czy tylko kolejny rozdział „Cinema Williams”. Fakty są takie, że od przerwy na opatrunek Afro- amerykanka w ogóle nie biegała, a „Vikka” dokończyła dzieła i po godzinie 56 minutach awansowała do pierwszego od siedmiu lat finału Wielkiego Szlema.

W finale Victoria zmierzy się Naomi Osaką, transmisja tego meczu na
Eurosport 1 dziś o 22:00 polskiego czasu!

„Polska Toskania”, czyli letnie wakacje w Polańczyku!

Foto „Nagietek”

Mówi się ,że najlepsze podróże to takie, których się nie planuje ze zbyt wielkim wyprzedzeniem. Po tegorocznych wakacjach w Polańczyku, na które udało mi się wyjechać dzięki uprzejmości Biura Osób Niepełnosprawnych muszę powiedzieć, że to prawda. Decyzja o wyjeździe była spontaniczna, chociaż na początku byłem pełen obaw, tak teraz z perspektywy czasu mogę przyznać, że był to najlepszy wyjazd wakacyjny do tej pory!:)

Był czas na wszystko: zwiedzanie pięknej okolicy, trening, pływanie kajakami, motorówkami i spędzenie czasu z ludźmi, z którymi podczas górskich eskapad zbliżyłem się niemal jak z rodziną.

Pierwszego dnia jak tylko przyjechaliśmy do Hotelu Skalnego widok, jaki tam ujrzałem niemal odebrał dech. Z hotelowej stołówki rozciągał się widok na całe jezioro Solińskie. Po obiedzie udaliśmy się na krótki spacer, jednak było  pod górkę, więc trochę się rozruszałem.

Niedziela była deszczowa, więc upłynęła nam pod znakiem odpoczynku i korzystania z atrakcji jakie zostały nam zaoferowane przez Hotel. Dla mnie była to okazja, aby rozgrzać się w saunie i po raz pierwszy w życiu poczuć się jak prawdziwy sportowiec, podczas regeneracji.  Wieczorem całą grupą poszliśmy do kręgielni znajdującej się w hotelowej piwnicy. Podziwiam tych, którzy trafiali raz za razem większe noty.

To co działo się potem było jak żywcem wyjęte z filmu „Maverick” pokój nr 113 zamienił się w istną szulernię, czy też salon gier, bo nie graliśmy tylko w karty! W ruch poszły kalambury i czółko, w które przyznam się nie grałem od podstawówki. Po bardzo krótkiej nocy, nadszedł czas na dwa bardzo aktywne dni, podczas których od rana mieliśmy zajęcia na wodzie. Nasza grupa miała okazję płynąć legendarną „DeZetą” statkiem żaglowym produkowanym od 1905 roku. Dzięki panu Robertowi Bąkowi miałem to szczęście, że mogłem ją sterować kiedy płynęliśmy na wyspę. Choć uśmiech nie schodził mi z twarzy nie było to wcale takie proste, trzeba było brać poprawkę na opóźnienie skrętów i pamiętać, że gdy chcesz skręcać w prawo to ster musi być skierowany w lewo. 🙂

Po dwóch godzinach spędzonych w malowniczej scenerii Solińskiej, kiedy schłodziliśmy się w wodzie, a nasze zmysły nasyciły się widokami, wróciliśmy na obiad. Przerwa na szczęście nie trwała długo, bo po południu mieliśmy wyjść na punkt widokowy Polańczyka. Miała to być jedna z najbardziej stromych górek pod jakie kiedykolwiek wyjechałem…

„Każdy ma swój Everest, czyli o tym jak „czarna Dama” doprowadziła mnie na szczyt!”

Zaczynało się dosyć niewinnie: lekki podjazd, który przy lekkim wychyleniu nie stanowił problemu, jednak potem kiedy żwirowa dróżka zamieniła się w asfalt podjazd stawał się coraz bardziej dotkliwy. Moje płuca sapały jak miech, ale nie mogłem się teraz poddać! Zdeterminowany odwróciłem się tyłem i posuwałem się po metrze! Dziękuję chłopakom i pani Ani z kadry, która znała mnie lepiej niż myślałem. Gdy byłem milimetry od poddania powiedziała:

„Jak tu wyjedziesz masz kawę ode mnie” Potem pamiętam już piękne widoki jakie roztaczały się z góry i dumę, że się udało.

26 sierpnia harców na wodzie ciąg dalszy!

Od samego rana spędzaliśmy czas nad wodą! Uczestnicy zostali podzieleni na grupy. Każdy według własnych preferencji mógł korzystać z dobrodziejstw jeziora solińskiego! Jedni poszli na rowerki wodne, drudzy na kajaki, a jeszcze inni woleli popływać wpław…

„Czasem człowiek chętnie słucha morskich opowieści…”

Pogoda znowu zaczęła się zmieniać na gorszą, jednak nam nie przeszkadzało to w zachowaniu dobrych humorów. Całą ferajną wybraliśmy się na keję, gdzie stacjonował statek wycieczkowy „Komandor”. Za sterami siedział Pan Heniu i snuł opowieści o niedźwiedziach zamieszkują bieszczadzkie lasy, (obecnie ich populacja wynosi ok. dwieście osobników) i o ludziach, który zrezygnowali z zatłoczonego życia w cywilizacji. Kołysani dźwiękami szant płynęliśmy spokojnie, dopóki jakiś śmiałek nie wyrwał kapitanowi steru…

A tak na poważnie, bardzo dziękuję panu kapitanowi za okazję. Dopiero jak siądziesz za ster, to widzisz jakie to trudne i wymagające koncentracji zajęcie! Odpowiedzialność jest ogromna, więc szybko zdecydowałem się wrócić na pokład do swoich ziomków:)

Czwartek był dla mnie dniem naprawdę intensywnego treningu pojechaliśmy do Baligrodu, zahaczając po drodze dużą i małą pętle bieszczadzką. Na miejscu mieliśmy „mały jogging”. Droga szutrowana, dziękuję Szymonowi i Kacprowi, bez waszej asekuracji nie wyszłoby nic z tej bieszczadzkiej eskapady…

Wracając zapaliliśmy ognisko i zjedliśmy kiełbaski czy też grzanki. Znaleźliśmy również czas na odwiedzenie słynnej knajpy „Siekierazada”. Momentami czułem się tam złowieszczo, bardzo dziwne, ale klimatyczne miejsce…

Ostatni (pełny) dzień obozu

Gdy myślisz, że nic cię już nie zaskoczy, że przeżyłeś już wszystko na tym obozie, rzeczywistość jest inna… Naszedł dzień na który czekałem najbardziej, ale i trochę się go bałem…  To właśnie dziś miałem przepłynąć pierwsze w życiu metry na otwartym akwenie! Nie zapomnę tego uczucia nigdy w życiu! Pierwsze zanurzenie nóg do wody było jak porażenie prądem! Kiedy po kilkunastu sekundach ciało zaczęło się przyzwyczajać zacząłem „coś tam płynąć” Nieocenioną pomoc wyświadczył mi Pan Artur Szymański, który trzydzieści lat jest ratownikiem WOPR w jeziorze solińskim. To Pan Artur uświadomił mi jak ważny jest miarowy oddech podczas pływania na otwartej wodzie dziękuję również za wszystkie przejażdżki motorówkami! Adrenalina, prędkość i radość była niesamowita!!!

Byliśmy także  świadkami pokazowej akcji ratunkowej przeprowadzonej przez ratowników WOPR-u. Przyznam się, że widok tonącego człowieka , w którego wcielił się Pan Szymański zmroził mi krew w żyłach! Ciekawym doświadczeniem było zobaczyć jak przebiega taka akcja. Dla mnie największym zaskoczeniem była szybkość reakcji służb ratowniczych. Ratownicy wodni dotarli na miejsce zdarzenia w ok. dwie minuty od momentu zgłoszenia. Szacunek dla chłopaków!

W jednym dniu udało się popływać na wszystkich silnikach Yamachy, ale czad!!!

A przysięgałem dbać o dobre imię uczelni…

Z całego serca dziękuję całej kadrze Obozu Letniego z Biura Osób Niepełnosprawnych: Pani Iwonie Tabaczek-Bejster za to, że dała mi szansę wyjazdu na obóz, Pani Reginie Marszałek, za ciepłe słowa opanowanie Pani Ani za niesamowite zdjęcia doping i pozytywną energię Panu Robertowi Bąkowi za wspaniałą organizacje tras , pływanie Dezetą, które zawsze zostanie w mojej pamięci i ciekawostki historyczne, Panu Arturowi Szymańskiemu za to, że się nie utopiłem i za szalone wypady na motorówki, Grzesiowi Ciąpała, za to, że zawsze mogłem na Ciebie liczyć i pojechać na te wakacje, Szymonowi i Kacprowi za braterską pomoc na trasach i za wyciąganie mnie z dołków oraz bezgraniczną wiarę i doping dla mnie! :)Oraz wszystkim uczestnikom za dobre słowa, miłe przyjęcie do grupy. Jesteście wspaniali, Do zobaczenia za rok! 🙂

„Rower ma duszę”, czyli o tym jak spełniłem swoje największe marzenie!

Każdy ma swoje marzenia. Marzenia, to coś dlaczego wstajesz codziennie rano  i  walczysz. Często to one nadają ludziom cel działania i motywacji do podjęcia wyzwań dnia codziennego. A może ty masz inaczej: myślisz, że marzenia to niedostępna strefa położona gdzieś w kosmosie, nie do osiągnięcia dla zwykłych „zjadaczy chleba”?

„Wszystkie marzenia się spełniają, tylko nie moje…”

Jeśli tak myślisz, to ten tekst jest właśnie dla Ciebie.

Trzeba zacząć od tego, że każde marzenie jest warte spełnienia. To kwestia indywidualna. Każdy ma inne marzenia I każdy na swój sposób dąży do ich spełnienia. Nikt nie zrozumie Ciebie lepiej niż ty sam. Dla kogoś twoje pragnienia tzw. „ze ściętej głowy” mogą być do spełnienia od tak -PSTRYK. Dla niektórych ludzi przespanie nocy może być szczytem pragnień, podczas gdy wielu ludzi dostaje to w bonusie. Ile ludzi tyle marzeń, ile duszek tyle pragnień.

To słowa Wolta Disneya, założyciela największej wytwórni filmów kreskówkowych w Ameryce. Nie bez powodu zamieściłem jego słowa, Wolt nie bał się walczyć o marzenia. Stawiał sobie cel i krok po kroku je realizował. Ktoś powie: „a co tam taki Disney, pewnie miał dużo kasy, zaplecze ludzi, którzy prowadzili biznes za niego”.  Nic bardziej mylnego. Słynny rysownik urodził się w biednej rodzinie żydowskiej, a Myszka Miki, którą dziś wszyscy znamy i uwielbiamy, nie chcieli zatwierdzić współpracownicy wytwórni, mówiąc o niej: „nudna, śmieszna I figlarna {mysz}. Rysownik jednak nie poddawał się, otworzył swoją wytwórnie, zainwestował w to ostatnie pieniądze, które później wróciły się, i to z nawiązką.

Od Wolta możemy się nauczyć, żeby walczyć choćby inni ludzie mówili, że to bez sensu i żeby słuchać własnego serca w realizacji celów i marzeń. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że takie podejście trzyma w ryzach, nawet wtedy kiedy nie masz siły walczyć.

Kluczowe jest to, żeby znaleźć cel, to światełko, pozytywną energię, które pozwala ruszyć się z łóżka każdego ranka. Ja bardzo długo szukałem takiej rzeczy I znalazłem….

„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – Mario Cipollini.

Od pięciu lat jeżdzę wyczynowo na wózku inwalidzkim. To znaczy biorę udział w biegach ulicznych oraz trenuję, żeby utrzymać dobrą formę i przy okazji propagować aktywny styl życia niepełnosprawnych. Udało się zdobyć nawet parę pucharów, ale to wciąż nie było to… Poruszając się na wózku inwalidzkim zawsze frustrowała mnie wolna prędkość. Kiedyś, ni stąd ni zowąd, jeden ze znajomych powiedział mi o firmie Partner-Med w Bytomiu, która jest dystrybutorem przystawki handbike Quickie Attitude Hybrid.

Przyznam się szczerze, że już na jeździe testowej zobaczyłem jak wielkie możliwości daje mi ten nietypowy rower. Można go podpiąć  do ramy wózka i zamiast toczyć się 6km/h, poczuć się jak prawdziwy kolarz i śmigać na rowerze ze średnią prędkością 15 km/h. Gdy zmęczysz się podjazdem pod górkę, czy znajomi odjadą zbyt szybko, przystawka wyposażona  w mały poręczny akumulator 250 W,  umożliwia rozpędzenie się do 25km/h, a gdy dołożysz jeszcze coś siły od siebie wtedy bariery nie istnieją! No chyba, że tylko w naszej głowie.

 Pasja do kręcenia kilometrów szybko zamieniła się w obsesję. Hipnotyzujący dźwięk łańcucha, który przesuwa się po prowadnicy jest niczym muzyka dla uszu każdego rowerzysty ręcznego. Wstaję rano, w kilka sekund dopinamy przystawkę i razem z mamą lub bratem pokonujemy minimum dwadzieścia pięć kilometrów.

 Kiedyś nie rozumiałem powiedzenia, że “rower ma duszę”. Teraz wiem, że ta dusza przejawia się w życzliwych ludziach, których mijam na swojej drodze.

Przystawka ta była w sferze moich najskrytszych marzeń, ponieważ cena za taki sprzęt przekracza zasoby finansowe ludzi na wózku ( za cenę takiego roweru można kupić używanego Nissana 305 w bardzo dobrym stanie). Jednak, gdy podzieliłem się moim marzeniem z rodzicami, zaczęliśmy szukać pomocy po różnych organizacjach. Ogromną pomoc wyświadczył nam PEFRON, który współfinansował 30% całej kwoty. Bez pomocy takich organizacji pewnie dalej jeździłbym na wózku, mając  świadomość jak wiele mnie omija.

Serdeczne podziękowania dla całego zespołu Küshall Partner-MED Bytom za wspaniałą gościnność i pomoc przy doborze sprzętu. Specjalne podziękowania dla rodziców, którzy zawsze wierzą we mnie i moje marzenia i wszystkich ludzi, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do realizacji tego projektu. Dziękuję! Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele tysięcy kilometrów….;)

W siedzibie Kushalla w Bytomiu z najlepszą ekipą od wózków w Polsce!

Projekt Word Games: #1snooker

Snooker był jedną z dyscyplin bilardowych, które były pokazywane na World Games 2017. Co to jest snooker, jaka jest jego historia i czym różni się od powszechnie znanego biliarda? Na te pytania odpowiem w tym artykule.

Podczas jednego ze  sztormów na Oceanie Indyjskim, brytyjskim marynarzom strasznie dłużył się czas, burza nie chciała ustępować przez parę tygodni. To właśnie wtedy, Neville Chamberlain – jeden z jej oficerów postanowił zaeksperymentować,  wyciągnął 15 czerwonych kulek, którym nadał wartość jednego punktu i czarną o nominale siedmiu punktów. Oficer położył je na stole do Bilarda Angielskiego i w taki sposób dwóch Brytyjczyków rozegrało pierwszą partię, a było to w 1845 roku.  Na początku kule bilardowe były wytwarzane z kości słoniowej, lecz potem kiedy dołożono jeszcze pięć innych kolorów, zaczęto wytwarzać bile  z tworzywa sztucznego. 

wynalazca snookera Neville Chamberlain

 

Nazwa snooker wzięła się od bazy wojskowej, gdzie szkoleni byli młodzi żołnierze brytyjskiej marynarki, nazywani potem snookerami, ponieważ z wielkim entuzjazmem przyjęli nową odmianę bilarda. Dziś jednak nikt nie używa tego wyrazu w takim kontekście. Dziś, jest to określenie sytuacji w grze, kiedy zawodnik zasłania swojemu przeciwnikowi dostęp do jego bili. Zawodnik zyskuje wówczas szansę na dodatkowe punkty, jeśli przeciwnik nie trafi bilii. O zasadach opowiem w oddzielnym materiale. Teraz skupię się na przedstawieniu kilku zawodników, bez których ta dyscyplina nigdy nie byłyby taka interesująca. Pierwszym w mojej „galerii sław” będzie Steve Davis, który jako pierwszy snookerzysta zaczął trenować tę dyscyplinę na poważnie. Zdominował snooker w latach 80-tych, sięgnął po tytuł mistrza świata, aż 6-krotnie. Ten zawodnik przyczynił się do ogromnego bumu na snooker w Anglii. Przywiązywał wiele uwagi do metodycznego treningu, potrafił przez sześć godzin stać przy snookerowym stole i wykonywać jedno zagranie, dopóki nie opanował go do perfekcji. Miałem ogromną przyjemność spotkać Steve’a już u schyłku jego zawodowej kariery, ale wciąż pokazującego klasę podczas turnieju w Gdyni w 2014 roku. To był dla mnie wielki dzień, ponieważ sława Davisa dorównuje Johnowi Lenonowi, czy Rolling Stones.

Lukinews ze Steve’m Davisem, podczas Gdynia open 2014/archiwum prywatne

Jednak jak w każdej dyscyplinie przychodzi zmiana warty, tak musiało się stać i w snookerze. Davis był wielkim mistrzem, ale jego styl gry był zbyt metodyczny i wolny. Po nim pałeczkę królowania przejęli Stephen Hendry i Ronnie O’Sullivan. Obaj zdominowali snooker w swoich dekadach! Stephen w latach 90- tych, a Ronnie rządzi w snookerze do dnia dzisiejszego. Anglik jest autorem najwyższego podejścia 147 punktów , zrobionym w imponującym tempie (5 minut 20 sek.), że aż zakwalifikowało się ono do księgi rekordów Guinnessa. Pisząc o snookerze  nie sposób nie pokazać tego szybkiego podejścia.

 Trzeba dodać, że wbicie 147 punktów w jednym podejściu jest marzeniem każdego snookerzysty. Zdarza się to niezwykle rzadko, jeszcze do niedawna za to osiągnięcie była przewidziana specjalna nagroda pieniężna.             Ojczyzną snookera jest Anglia, ale od kilku lat większą popularność zyskał w Chinach, gdzie stoły do snookera ustawiane są nawet w podstawówkach. Zachwyceni snnokerem Chińczycy zbudowali u siebie nawet replikę Teatru Crucible, znajdującego się w Anglii, w którym  co roku odbywają się mistrzostwa świata.


źródła: Zasady snookera, książka „Poznaj Grę Snooker” s. 18 wyd. 1, Almapress warszawa 2011 Artykuł Clive’a Evertona „History of snooker” „Interesting Autobiografia Legendy Snookera”

wywiad z organizatorem WG, wicemistrzem Europy w snookerze – Krzysztofem Wróblem!

ŁUKASZ Grabarz:Serdecznie zapraszam na rozmowę z Wicemistrzem Europy 2011 roku, oraz Mistrzem Polski 2012, oraz Organizator Word Games we Wrocławiu. – moim gościem jest Krzysztof Wróbel.

  1. Zostałeś organizatorem na World Games w części bilardowej, opowiedz na czym polegała Twoja praca w tej roli?

    Krzysztof Wróbel: World Games to impreza olbrzymich rozmiarów. Ponad 40 dyscyplin, 5000 sportowców, dziesiątki jak nie setki ceremonii medalowych. Wrocław otrzymał miano gospodarza, w tym celu powołał spółkę, która zajęła się organizacją. Działania odbywały się na wielu płaszczyznach. Wyzwań było bardzo dużo, mowa tutaj o projektach, logistyce, transporcie, zakwaterowaniu, promocji, inwestycjach, cateringu, sprzedaży biletów, i tak dalej.
    Budując strukturę organizacyjną powołano także międzynarodowych ekspertów danej dziedziny, którzy posiadali wiedzę oraz doświadczenie niezbędne do przeprowadzenia zawodów z zachowaniem wszelkich norm zaczynając od uwarunkowań technicznych po obsługę i przeprowadzenie rywalizacji w sposób najlepszy z możliwych.
    Miałem przyjemność odebrać ten honorowy tytuł, potwierdzony certyfikatem.
    Zostałem międzynarodowym ekspertem działającym na zlecenie organizatora.
    Do moich głównych zadań należało zbudowanie areny gry wraz z przynależnymi pomieszczeniami technicznymi oraz salą treningową. Głównie były to sprawy techniczne i dotyczyły nagłośnienia, oświetlenia, montażu wykładziny dywanowej, transportu i montażu stołów bilardowych, trybun, umeblowania, oznaczeń komunikacji, pracy konferansjera, prezentacji wyników, także Online itp.



  2. ŁG:W jakim stopniu to, że byłeś w przeszłości zawodnikiem, pomogło Ci w obowiązkach, które pełniłeś na World Games? Czy miało to jakiś wpływ na decyzje, jakie podejmowałeś jako organizator?

    KW:Zagrałem w ponad 80 turniejach zagranicznych odwiedzając przy tym wiele krajów oraz bilardowych aren gier. Byłem wcześniej także organizatorem Mistrzostw Europy w snookerze, a także wielu turniejów Mistrzostw Polski. Zdobyłem kontakty, wiedzę,  a  jako właściciel klubów bilardowych poznałem wiele uwarunkowań technicznych, które muszą zostać spełnione organizując tego typu imprezę. Może zabrzmi to nieskromnie, ale nadawałem się do tej funkcji. Powierzono mi tę odpowiedzialność, a przyznam, była olbrzymia. Decyzje, które podejmowałem okazały się słuszne. Turniej wypalił 😊

  3. ŁG:Twoim zdaniem, trudniej jest grać w turnieju, czy go organizować?

    KW:Zdecydowanie trudniej jest wziąć udział w imprezie jako zawodnik, a zakończyć to jeszcze sukcesem to prawdziwe mistrzostwo. Organizacja przy tym to pestka. Może posłużę się porównaniem horyzontu czasowego.
    Organizacja trwała kilkanaście miesięcy, ale żeby zagrać w tak wyjątkowej imprezie trzeba trenować systematycznie co najmniej kilkanaście lat.


  4. ŁG: Jakie było najtrudniejsze zadanie, czy też wyzwanie jakie pamiętasz podczas wrocławskiej olimpiady?

    KW: Najtrudniejsze zadanie to perfekcyjne przeszkolenie osób do wykonywania określonych zadań. Mowa tutaj o osobach, które pracują podczas trwania imprezy.
    Ochrona, nagłośnienie, oświetlenie, konferansjer, sędziowie, służby porządkowe.
    Każdy z osobna musi wcześniej wiedzieć co? jak? na kiedy? I na jakim poziomie ma zostać wykonane? Każda tego tupu impreza jest troszeczkę inna. Wynika to ze zmiennych w postaci lokalizacji, klimatu, kultury.

  5. ŁG: Czy były jakieś rzeczy których nie udało się zorganizować?

    Nie przypominam sobie. Raczej nie.

  6.  ŁG: Wspominam Cię jako osobę bardzo zajętą, pewnie trudno było znaleźć czas na oglądanie zmagań na Hali Stulecia? Czy udało Ci się jednak pokibicować zawodnikom?

    KW: Miałem czas, żeby wraz z rodziną oglądnąć inne dyscypliny. Na Hali Stulecia oglądaliśmy tylko taniec, ale zachwycaliśmy się także karate, łucznictwem i pływaniem.

  7. ŁG:Zawodowi sportowcy, obojętnie w jakiej dyscyplinie, zawsze mają jakieś swoje rytuały, które muszą zrobić przed meczem. Marcin Nitschke wspomniał kiedyś w  wywiadzie, że Ronnie O’Sullivan piętnaście minut przed meczem pokazowym w Zielonej Górze zażyczył sobie kąpieli, czy Ali Carter i Kyren Wilson też mieli swoje zachcianki, możesz jakieś zdradzić?  

    KW: Podczas The World Games, na szczęście, nie spotkałem się,  z  zachciankami, ale osobiście pamiętam, że sam podczas uczestnictwa w wielu zawodach miałem swoje.
    Wyjątkowe przygotowanie kija przed każdym pojedynkiem oraz rozruch mięśniowy.
    To były nieodłączne elementy przygotowawcze.

  8. ŁG: Mam to szczęście, że zaczynałem oglądać snooker wtedy, kiedy Ty byłeś u szczytu snookerowej kariery. Jakbyś miał wybrać najbardziej wyjątkowy moment z tego okresu, to który byłby to turniej: Mistrzostwa Polski 2012, Mistrzostwa Europy, czy Drużynowy Puchar Świata w parze z Kacprem Filipiakiem, a może żaden z wymienionych?

    KW: Bez chwili namysłu odpowiem, że były to Drużynowe Mistrzostwa Europy, Malta 2011. To mój wyśniony start, o którym myślę, że nie zapomni nikt kto w nim uczestniczył. Do historii na pewno przejdzie decydujący frejm z Lasse Mustermanem.
    Opowiem w skrócie co się wtedy wydarzyło.
    Zagrałem w zespole z Marcinem Nitschke oraz Rafałem Góreckim. Cały turniej grałem solidnie, stoły były wyjątkowo trudne co sprzyjało mojemu taktycznemu stylowi gry.
    System rozgrywek obejmował gry indywidualne po dwie partie. Trzech na trzech. W sumie każdy z nas musiał rozegrać 6 fremów.
    Doszliśmy do ćwierćfinału i mierzyliśmy się z drużyną Niemiec o pierwszy w historii Polskiego snookera medal Mistrzostw Europy. Wygrałem wówczas wszystkie 6 partii, Marcin 3 a Rafał przegrał wszystkie 6.
    Stan był remisowy 9:9 więc drużyny wybierały jednego zawodnika do dogrywki.
    Zagrałem z Lasse Mustermanem. Partia była wyjątkowo taktyczna. Lasse nabrał przewagi punktowej, którą utrzymał do ostatnich trzech bil. Gdy było na stole 18 punktów ja miałem straty 35. Potrzebowałem trzech snookerów. Proszę mi wierzyć, nikt już nie wierzył, że to może się udać. Ustawiłem wszystkie [snookery przyp. red.], a ostatni na dwóch bilach to uderzenie moich marzeń. Wygraliśmy !!! 10:9 z czego ja sam zdobyłem 7 punktów. Zdobyliśmy pierwszy medal na tak ważnej imprezie.
    Dzień później graliśmy ze Szkotami. Sytuacja się powtórzyła. Dogrywka, którą zagrałem ze Scottem Donaldsonem. Wygrał z nami wszystkie 6 partii ale tą jedną najważniejszą przegrał. Znów byłem w bohaterem.
    Pamiętam, że do finału w całych zawodach wygrałem najwięcej partii ze wszystkich zawodników. Ostatecznie zdobyliśmy srebro, ulegając jedynie drużynie z Walii.
  9. ŁG:Gdy dziś ktoś wypowiada „Krzysztof Wróbel”, nasuwają mi się dwa wspomnienia: wcześniej wspomniany Puchar Świata, gdzie pokazaliście się naprawdę ze świetnej strony i jeden z turniejów Polskiej Ligii Snookera, na który jechałeś z gorączką czterdzieści stopni, żeby walczyć o punkty rankingowe. Powiedz, czy nie brakuje Ci tego „dreszczyku emocji”, związanego z występami na arenie międzynarodowej?

    Brakuje, ale niczego nie żałuję. Jestem spełnionym sportowcem. Uważam, że przy stole osiągnąłem sporo i jestem z tego bardzo dumny. Teraz poszedłem w inną stronę realizując się jako przedsiębiorca, inwestor.
  10. ŁG:Wracając, jeszcze na moment do Igrzysk Sportów Nieolimpijskich. Zawsze po dużej imprezie sportowej, w Polsce przychodzi wzrost popularności i „wysyp” talentów w danej dyscyplinie – tak było z turniejem narciarzy w Szczyrku i „małyszomanią” – czy zauważyłeś coś podobnego w sportach bilardowych po Word Games we Wrocławiu?

    KW:Nie. Wynika to przede wszystkim z tego, że dyscyplin było bardzo wiele, a czas transmisji na każdą z nich ograniczony. Brakowało także spektakularnego sukcesu naszego krajana, a co najważniejsze, zawody nie były transmitowane przez Eurosport.

  11. ŁG:W Chinach od siedmiu lat jest program  „snooker w podstawówkach”, teraz dzięki Przemkowi Krukowi został uruchomiony także w Polsce. Wrocław też ma snooker w podstawówce?  Jeśli tak to powiedz, jak oceniasz rozwój programu w Twoim mieście?

    KW: Polski snooker narodził się we Wrocławiu. Niestety nie ma go na naszym terenie w szkołach i chyba długo nie będzie. Jedyną osobą, która podtrzymuje szkoleniowy kult snookera we Wrocławiu jest Marek Zubrzycki. Robi naprawdę świetną robotę, aby snooker był w naszym mieście.

  12.  ŁG: Czy po Igrzyskach we Wrocławiu przychodziły Ci do głowy projekty, aby organizować jeszcze jakiś zawodowy turniej snookera w Polsce? Czy było to dla Ciebie na tyle wymagające doświadczenie, że powiedziałeś sobie: „już nigdy więcej!”

    Obecnie nie trenuję i nie jestem związany z grami bilardowymi od strony sportowej.
    Wyszedłem z tego obiegu. Nie mam zamiaru także organizować dużych zawodów bilardowych. Jest wiele ciekawszych i bardziej ambitniejszych projektów. Prawdę mówiąc bilardowy turniej The World Games w organizacji był dużo łatwiejszy od zorganizowania  np. Mistrzostw Polski w snookerze.

  13.  ŁG:„Pytanie na luzie”- załóżmy, że masz zachęcić do snookera osobę, która na co dzień go nie ogląda. Jaki mecz, bądź frejm byś wybrał?

    KW: Odpowiedź też będzie na luzie, ale zapewniam jest szczera 😉 Należę i zawsze należałem do osób, które nie lubiły oglądać snookera w TV. Co ciekawe inni zawodnicy też nie lubili go oglądać. Rozmawiałem o tym z Michałem Zielińskim, Marcinem Nitschke oraz Adamem Stefanowem. Wszyscy mieliśmy podobne odczucia. Gdy leciał turniej snookera nabieraliśmy ochoty na grę i biegliśmy od razu do stołu aby trenować 😊 Może wyda się to dziwne trwało to całą moją karierę.

KW:Serdecznie dziękuję za rozmowę !

ŁG: Bardzo dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać. Życzę powodzenia w nowych projektach.

Wstęp: World Games, czyli Igrzyska Sportów Nieolimpińskich

plakat oficjalny WG
Oficjalny plakat promocyjny

Każdy z nas, choćby nawet nie interesował się sportem na co dzień, choć raz w życiu oglądał Igrzyska Olimpijskie, ale czy zastanawialiście się co się dzieje z dyscyplinami, które do nich nie należą?

Okazuje się, że są igrzyska, które skupiają te dyscypliny i rozgrywane są  także pod patronatem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Nazywają się World Games (Światowe Igrzyska). Odbywają się zawsze rok po zakończeniu letnich igrzysk. Pierwsze zawody zostały zorganizowane w Stanach Zjednoczonych, w mieście Santa Clara w Kalifornii. Wzięło w niej udział 1262 sportowców z 18 różnych dyscyplin.

Dyscypliny zaprezentowane podczas I edycji
Badminton

  • Baseball
  • Hokej na rolkach
  • Karate
  • Kręgle
  • Kulturystyka
  • Narciarstwo wodne
  • Przeciąganie liny
  • Pływanie z płetwami
  • Skoki na trampolinie
  • Taekwondo
  • Wędkarstwo rzutowe
  • Wrotkarstwo

·         Wrotkarstwo artystyczne

Tradycją podczas Igrzysk jest zwyczaj, że każde państwo organizujące Igrzyska Sportów Nieolimpijskich może wybrać cztery dowolne dyscypliny, w których akurat czuje się najlepsze. Włodarze Santa Clara wybrali dwie dyscypliny pokazowe:

  • Piłka wodna
  • Softball

Polska w World Games

W 2017 Polska została gospodarzem Igrzysk Sportów Nieolimpijskich. Była to wówczas najważniejsza impreza sportowa. Polska rywalizowała o organizacje Igrzysk z dwoma miastami: węgierskim Budapesztem i Cope Town mieście w RPA. Co ciekawe Wrocław był dopiero szóstym miastem w Europie, które mogło się pochwalić organizacją Igrzysk. Przed nami dokonali tego: Anglicy (Londyn 1985), RFN (1989),Duńczycy (1993), Finlandia (1997), Niemcy (2005). Word Games we Wrocławiu były dziesiątą edycją Igrzysk. W kraju nad Odrą zostały rozegrane 33 dyscypliny, w zawodach brało 3214 zawodników.

Wrocławowi, podobnie jak każdemu miastu organizującemu WG przysługiwał wybór dyscyplin pokazowych. Wybór padł na Żużel, Futbol Amerykański, Kick-Boxing i Ergometr Wioślarski.

Polska w 2017 roku, zanotowała najlepszy występ na World Games w historii, Biało- Czerwoni zdobyli łącznie trzydzieści krążków, co zapewniło nam 13. Miejsce w klasyfikacji medalowej:

Miasto   ZłotoSrebroBrąz
Wrocław 201791011   (w sumie30)
Kolumbia 201323W sumie 5
Kaohsiung(Tajlandia) 2009111 w sumie 4
Duisburg(Niemcy) 2005326 w sumie 11
Akta (Japonia) 2001101
Lahti 1997:( Finlandia)025
The Hangue (Holandia) 1993300
Karlsruhe (Niemcy)1989010

*Polska miała zaproszenie na Igrzyska już w 1985 (podczas pierwszej edycji), jednak nie dostała wizy umożliwiającej wyjazd do USA. Na Word Games w Londynie 1985 także nie mieliśmy swojej reprezentacji.

POLSCY MEDALIŚCI W 2017 Roku

Złote medale:

1. Wojciech Bógdał – Motoparalotniarstwo / slalom

2. Jarosław Olech – Trójbój siłowy

3. Artur Mikołajczewski – wioślarstwo halowe

4. Marta Waliczek – kick-boxing (60 kg)

5. Dawid Kasperski – kick-boxing (86 kg)

6. Jędrzej Loska – ju-jitsu (62 kg)

7. Reprezentacja Polski – żużel

8. Tomasz Szewczak – ju-jitsu (94 kilogramy)

9. Alicja Miadzialec i Jacek Tarczyło – rock ‚n roll akrobatyczny

Srebrne medale:

1. Alicja Tchórz – Ratownictwo wodne / 200 m z przeszkodami

2. Sztafeta (Cezary Kępa, Wojciech Kotowski, Adam Dubiel i Bartosz Makowski) – Ratownictwo wodne / 4×50 m z przeszkodami

3. Sztafeta (Wojciech Kotowski, Cezary Kępa, Bartosz Stanielewicz, Adam Dubiel) – Bieg sztafetowy z przekazywaniem manekina / 4×25 m

4. Bartosz Zabłocki – wioślarstwo halowe

Muszę przyznać, że miałem ogromną przyjemność być jednym z tysiąca sześciuset wolontariuszy. Byłem odpowiedzialny za pisanie relacji o meczach w dyscyplinach bilardowych. W niniejszej serii artykułów chciałbym przedstawić siedem dyscyplin, w których omówię najciekawsze zawody sportowe występujące na tych nietypowych rozgrywkach, jakimi są „Światowe Igrzyska”.

Poniżej przedstawiam siedem dyscyplin, których dotyczyć będą moje artykuły:

  • Bilard
  • Snooker
  • Karambol
  • Petanque
  • Korfball
  • Ultimate Frisbee
  • Bieg na orientację

————————-

Żródła:

Lista medali polskich/ Jędrzej Smykowski : https://sport.se.pl/pozostale/world-games-2017-medale-polakow-lista-chwaly-bialo-czerwonych-aa-Q5gD-mCH2-ALxK.html

Polski Komitet Olimpijski: „The World Games {http://www.pksn.pl/p/the-world-games]

„Polacy na World Games najlepsi w historii” – artykuł autorstwa M. Rajfura {https://wroclaw.gosc.pl/doc/4068070.Polacy-na-The-World-Games-najlepsi-w-historii/2}

Historia pierwszego World Games Santa Clara: https://www.theworldgames.org/editions/Santa-Clara-USA-1981-5

https://en.wikipedia.org

Historia śródziemnomorskiego „Janosika”, czyli recenzja książki „Sycylijczyk”

sycylijczyk-duzeMario Puzo, pisarz znany głownie z powieści kryminalnej pt. „Ojciec Chrzestny”, napisał jeszcze wiele powieści mafijnych: takich jak „Rodzina Borgiów”, czy „Omerta”. Włoski pisarz ma nietuzinkowy dar wymyślania nietuzinkowych bohaterów swoich powieści, a bohater, którym dziś chcę się zająć, jest bohaterem nie tylko na kartach powieści, lecz również w swoim kraju. „Sycylijczyk”- to zdecydowanie jedna z moich ulubionych powieści. Przynajmniej, jeśli weźmiemy pod uwagę ranking od 18. Roku życia. Z Mario nigdy nie ma nudy, jego powieści są pełne intryg, nie spodziewanych zwrotów akcji. Co ciekawe nie brak tam powiązań z jego poprzednimi powieściami. To prawdziwa gratka dla wielbicieli kryminału!

 

Mistrz włoskiego kryminały przenosi nas w niezwykłą podróż do krainy palącego słońca, dojrzałych cytrusów i oliwek. Jednak nie dla każdego Sycylia jest umiejscowieniem szczęścia. Włochy w latach pięćdziesiątych jest rajem tylko dla tych, którzy mają pieniądze lub posiadają jakiekolwiek powiązania z mafią.

20-letni Turi Guilliano nie ma ani powiązań z mafią, ani tym bardziej pieniędzy. Pochodzi z biednej sycylijskiej rodziny, która walczy o codzienny byt. Pewnego dnia jego matka posłała go po żywność na wesele siostry. Włoskie władze bardzo prześladowały najniższą klasę społeczną, z której wywodził się Salvatore. Gdy Guilliano ze swoim przyjacielem  wracali z żywnością zostali napadnięci przez włoską policję. Wywiązała się strzelanina. Wtedy młodzieniec podjął decyzję, która na zawsze miała zmienić jego życie. Obiecał sobie, że już nigdy nie będzie stał bezradny, wobec tych, którzy zabierają jego rodzinie chleb.

To wydarzenie można uznać za przełomowe w fabule, ponieważ dotychczas potulny młodzian, posłuszny rodzinie i wierzący w Boga, staje się wygnańcem. Ciężko ranny, wraz ze swoim przyjacielem Aspanu ucieka w góry. Buduje tam, coś w rodzaju partyzanckiego ruchu oporu przeciwko rządowi włoskiemu. Chłopiec, szybko zjednuje sobie ludzi. Wszystkie swoje działania zabójstwa policjantów i liczne napaści na urzędników mają tylko jeden cel! – poprawić los biedaków.

Sycylijczyk przywodzi mi na myśl Janosika, który również walczył o poprawę losu biednych, jednak Janosik to postać na wpół legendarna, podczas gdy o Salvatore cały czas mówi się i pisze z wielkimi emocjami, mało tego do tej pory żyją na tym świecie ludzie, którzy pamiętają jego bohaterskie poczynania.

 

Gdzie, tu jest w takim razie miejsce dla bohaterów z Ojca Chrzestnego. Jeśli czytaliście, także tę powieść Puzo pamiętacie, że jeden z synów wielkiego Dona został zesłany na Sycylię po zabójstwie jednego z rzymskich policjantów. (o ironio znowu wątek z przeciwstawieniem się władzy). Teraz Michel Corleone stoi przed dużo niebezpieczniejszym zadaniem. Sytuacja na Sycylii staje się coraz bardziej napięta i nie pozwala Turiemu na dalsze życie w górach! Michael  Musi wydostać sycylijskiego partyzanta do Rzymu, gdzie będzie mógł wieść spokojne życie. Czy mu się to uda? Przeczytajcie w książce!

 

Ostatnim faktem, jaki czyni tę powieść lepszą od poprzednich, jest realność. Można zauważyć, że autor włożył w książkę naprawdę wiele wysiłku. Wszystko po to, aby jak najbardziej prawdziwie odwzorować historie bohatera z prostego ludu. Przyznam się, że gdy czytałem to dzieło po raz pierwszy, nie byłem szczególnym fanem kryminału, a pomimo to wciągnął mnie bez reszty!

 

Ps. Dla fanów cyfrowego obcowania z lekturą, polecam sięgnąć po produkcję audio teki, gdzie książka jest czytana w interpretacji Roberta Jarocińskiego, dzięki której po raz pierwszy – trzy lata temu, zetknąłem się z tą wspaniałą pozycją. Jego głęboki głos świetnie przeprowadza nas przez akcję powieści, świetnie budując napięcie! Aktor czyta powieść w taki sposób, że wręcz nie pozwala nam się od niej oderwać, staje się przy tym miłą odskocznią od codzienności. Serdecznie polecam!:)

 

Ocena: 10/10

Podróże w czasie i płomienny romans- czy recepcja serialu „Outlander”.

aff1a6396162309a5095b75c389c.1000Ten, kto chociaż trochę mnie poznał, wie, że nienawidzę, Ale to po prostu NIENAWIDZĘ seriali! Myślałem, że już nic w życiu mnie nie zaskoczy… A tu proszę, pojawia się Outlander, i jak to mówi młodzież, „rozwala system”!
Główną bohaterką jest Claire – sanitariuszka w II wojnie światowej. Po zakończeniu wojny udaję się z mężem – Profesorem z Oxfordu, na podróż, która ma być odświeżeniem ich związku. Claire i Frank wybierają spokojny, szkocki kurort, gdzie mogą zapomnieć o wojennych przeżyciach. Historyk,chcę dotrzeć do swoich rodzimych korzenni. Okazuję się, że jeden z jego przodów to czołowy generał angielskiej armii. Claire chłonie opowieści o przodku męża, aż pewnej nocy podczas romantycznego spaceru, natrafiają na miniaturową wersję Stone Stonehenge. Nazajutrz nasza antagonistka wybiera się na samotny spacer do kamiennych kręgów… I nagle Pstryk! Przenosi się w czasie, do 1743 roku. Po kilku małych perturbacjach nasza bohaterka ląduje w zamku szkockiego rodu szlacheckiego.

Przygód naszych bohaterów nie będę dalej opowiadał, ale napiszę jedno: Ten serial to Mix wszystkich gatunków filmowych – jest w nim nietuzinkowe love story, wspaniała szkocka muzyka, a to wszystko obudowane jest na bardzo solidnych fundamentach historycznych. Po pierwszych odcinkach myślałem, że to typowe „serialidło”, w którym nic się nie wydarzy, ale potem, gdy na ekranie pojawiły się potyczki – typowe dla 18-szkocji, wtedy walczyli bowiem z Anglikami (słynne powstanie „Czerwonych Kurtek”).
No, to przestało być tak sielankowo! Zaczęło być nie przewidywalnie. Widzisz, płomienną scenę miłosną, a tu zaraz ktoś ląduje ze złamanym nosem.
Outlander przełamuje konwencje serialu, do którego każdy się przyzwyczaił. Bardziej nazwałbym go bardzo dobrym filmem, produkowanym w odcinkach – słowo „serial” kojarzy mi się bardzo pejoratywnie!
Twórcy tego serialu zakpili sobie, z wszelkiej konwencji! „To jest jakby, Da Vinci domalował opaskę na oko, albo Mickiewicz przeklinał, w co 13 wersie Pana Tadeusza”. – powiedziała znana bloggerka. Po tym serialu zapach lawendy nie będzie Wam się kojarzył z szafą starszej pani, a postać przodka profesora historii – niejakiego Jacka Randalla, będzie Wam się śniła po nocach: a na czoło będzie występował pot, gdy tylko ten czarny charakter pojawi się na ekranie!

black-jack-randall-tobial-menzies-outlander-3-1
Serial jest warty zauważenia, ze względu na wiernie przedstawione tło historyczne, (A pomyśleć, że do tej pory wojnę angielsko – szkocką, uważałem za najnudniejszą w dziejach), a także przedstawienie wiejskiej sielanki i świetną muzykę Wyspiarzy, która na skołatane nerwy działa, jak balsam dla ducha! Nie brakuje też górzystych pejzaży, dosłownie zapierających dech w piersiach!
16 lutego wyszedł, piąty sezon jestem, ciekaw, czy twórcy zostaną przy konwencji z pierwszego i drugiego sezonu, czy pójdą bardziej ku przygodowej konwencji widocznej w 4. Sezonie?!

Tak czy siak, serdecznie polecam!:)

PS. Serial do znalezienia na Netflix

O Sprzątającej z NASA, czyli jak walczyć z uzależnieniem?!

IMG_0925[13217]Chyba nie ma na tym świecie człowieka, który by się nie zmagał z jakąś słabostką, choćby najmniejszą, która czyni go w jakiś sposób zależnym. Latami próbujemy wyjść z naszych niszczących przyzwyczajeń, czy też destruktywnych, nikomu niepotrzebnych rytuałów z marnym skutkiem! Czy zastanawialiście się, dlaczego tak jest? W tym tekście postaram się, choć częściowo odpowiedzieć, na to pytanie.

Mechanizm uzależnienia jest tak oklepanym tematem przez media, że nawet nie będę go poruszał, bo  jestem „za cienki w pasie”. Jedyne, co mogę zrobić, to odwołać się do swoich – marnych, bo marychach, ale jednak doświadczeń życiowych.

Kto mnie zna, to wie, że moją dużą słabostką jest kawa – słowa uzależnienie unikam jak ognia, bo bardzo go nie lubię. Mam też tysiące innych, może nie uzależnień, a szkodliwych rytuałów. No i kiedyś (w ramach Wielkiego Postu) myślę sobie: „dobra, przez czterdzieści dni koniec z „czarną damą”. Przez pierwsze dwa- trzy tygodnie było całkiem spoko, ale później chodziłem za zapachem kawy, niczym ogar węszący leśną zwierzynę. Gdy kolega robił sobie kawę, podjeżdżałem do niego i prosiłem:

– Stary, daj chociaż powąchać, bo taki senny dzień mamy” – od tamtego dnia zyskałem niezbyt dobrze brzmiącą ksywkę, „ćpuna kawowego”.

Pewnie niektórzy teraz pomyślą: „no zaraz napisze, jaki to wielki przełom wydarzył się w jego życiu, że w miesiąc pozbył się nawyku picia kawy”.

Wcale nie, skądże Wielki Post 2016 się skończył, a ja pomyślałem, „jak to dobrze, że post się skończył, wreszcie mogę napić się kawy!”

„Z nałogiem nie wygrasz…”

 

Moja historia z kawą  miała jedynie z obrazować fakt, który potwierdzą Wam wszyscy Psycholodzy, psychoterapeuci, i Bóg wie, kto jeszcze, znający się na uzależnieniach. Z nałogiem, nie wygrasz, choćby nie wiem co!

– Jak to ja nie wygram – mówi PolakJ

Ta metoda działa tylko na Polaków… I to tylko przez jakiś czas.

Trzeba sobie znaleźć tzw. nałóg zastępczy. Na przykład, jak ja byłem uzależniony od kawy, to teraz nałogowo pije herbatę. Polecam każdemu, kiedyś nie wiedziałem nawet, że herbata może mieć tyle smaków i odmian. Polecam spróbować.

To jest dobry sposób, nie tylko na nałogi, ale też na złe nawyki. Hipotetyczna sytuacja:

Wnerwił Was szef! Jesteście tak źli, że najchętniej, to byście mu gali w twarz i powiedzieli, że jest chamem. Ja mam na to sposób. Kiedy jestem, wciekły  idę i o tym rymuje. Wyobrażam sobie twoją minę, kiedy to czytasz, ale to działa! Co, więcej większość piosenek rapowych powstaje na niezłym wnerwieniu! To pomaga! Bo, jak ktoś nie umie rymować, to zanim wymyśli, to mu nerwy przejdą, albo zapisze to w inny sposób i to też wyjdzie mu na dobre!

„Bądź jak sprzątaczka z NASA”

 

Na koniec, dla najwytrwalszych czytelników – mam jeszcze jedną historyjkę!

Mamy rok pięćdziesiąty, któryś wyścig zbrojeń przekształcił się w wyścig technologiczny. Naukowcy z NASA poszukują stopu metanu, który będzie na tyle mocny, żeby znaleźć się najbliżej słońca. Miesiącami poszukiwali właściwego rozwiązania. Oczywiście konkurowały ze sobą Stany Zjednoczone i Rosja. Bezskutecznie! W końcu zdecydowali się, że połączą siły i wtedy, na pewno znajdą właściwy stop. Paromiesięczne wspólne sympozjum i dalej na nic! Wreszcie zostało dwóch naukowców. Głowili się do drugiej w nocy, ustawiając statek w symulacji, to też nie przyniosło skutku!

Całej tej dyspucie naukowej, przysłuchiwała się sprzątająca auli. Była zmęczona, bo już dawno powinna posprzątać i pójść do domu.

Wreszcie, zdesperowana krzyknęła:

–  A gdyby statek się obracał, wtedy żadna część się nie spali i będzie mógł podlecieć blisko do słońca!

Profesorzy oniemieli! Sprzątająca rozwiązała im problem, nad którym ślęczeli od miesięcy. Ona spojrzała na problem z innej perspektywy i to był klucz do rozwiązania zagadki. Czasem wystarczy jedno słowo, żeby spojrzeć na swój problem inaczej. To jest chyba najlepsze wyjście z sytuacji pozornie patowej – uzależnienia!